czwartek, 11 sierpnia 2011

Takżeee...ten tego...


34 godziny...

Pan Skurcz zapukał do drzwi o 3.30 nad ranem- co za draństwo nachodzić ludzi o takiej porze!
Toć prosiłam, toć błagałam: "W dzień, bo w nocy to ja śpię!".
No cóż, ot zwykły facet z brakiem wyczucia czasu. No ale skoro już przylazł, to trzeba było go poczęstować herbatą i pozwolić mu się wygodnie rozsiąść w fotelu. Tak też uczynił- usadowił dupsko i pstrykał paluchami, gdzie każde pstryknięcie oznaczało bolesny ucisk brzucha.
Początkowo pstrykał leniwie, ale...się szybko rozkręcił :/
Myślę sobie: "To chyba to", więc targam męża za ramię.
- "Krystian chyba się zaczęło".
Na co on z jednym okiem otwartym:
-Rodzonko? I dalej ucina komara :/
Hmmm... no to w takim razie, wiedząc, że pewnie owe "rodzonko" to nie takie hop siup w pięć minut, postanowiłam zająć sobie czas i poszłam się pakować. Z karteluchą w łapie odhaczałam z listy kolejne rzeczy. Potem prysznic, układanie fryzury- toć wyglądać trzeba! :D
Reszta "przygotowań okołoporodowych" :)
A z drugiego pokoju słyszę coraz szybsze pstryknięcia...
Mąż postanowił wstać, zrobić śniadanie. Jako że boleści pojawiały się wciąż co jakieś siedem, sześć minut wygoniłam Krystiana do pracy by załatwił co trzeba i czekał na telefon z informacją: "Przyjeżdżaj!!!"
Długo czekać nie musiał:)

W szpitalu wszystko szło sprawnie. Tutaj ukłon w stronę personelu. Dla mnie naprawdę rewelacja- chociaż "przypadki" się zdarzały, no ale bez takich "wyjątków" byłoby nudno:)
Trafiłam na salę przedporodową bo rozwarcie było zbyt małe, mimo, że skurcze już dawno regularne co pięć minut. Około 12-stej pojawiały się już co dwie min. i tak zostało do 21-wszej. Czas ten był wypełniony atrakcjami typu piłka, SAPANIE!!! Spacery, SAPANIE!!! Kołysanie biodrami, SAPANIE!!! i prysznice, które przynosiły, tycią bo tycią ulgę, ale zawsze dobre i to. Z obawy, że padnę plackiem pod prysznicem namówiliśmy panie aby zgodziły się by mąż siedział ze mną w łazience pilnując by jego żona nie postanowiła sobie ot tak skonać:)
I nie, nie myślcie sobie, że K. się nudził! On...rozwiązywał krzyżówki:D Pamiętam tylko tyle, że w którymś momencie zapytałam jakich haseł mu brakuje to może coś będę wiedzieć:/

Na noc podano mi lek znieczulający bo gdzieś siły zapodziałam. Postanowiono, że muszę troszkę odpocząć i na chwilkę zasnąć. Męża wygoniono do domu a mi podłączono kroplówki. które sprawiły, że skurcze znowu zaczęły się pojawiać co pięć minut, więc pozostawało mi CAŁE trzy i pół minuty na sen- uwierzcie mi, w takiej chwili owe trzy i pół wydaje się godzinami! Rozwarcie jedynie na dwa centymetry:/ Sala przedporodowa się zapełniła- i dobrze bo raźniej SAPAĆ we trzy:D

Nad ranem zbadano mnie- nie wiem jak było u Was, ale dla mnie owe badania były masakrycznie bolesne:/ Wręcz wyłam z bólu i za cholerę nie mogłam wycia powstrzymać. Cosik tam ruszyło z rozwarciem ale wciąż za mało. O 10-stej stwierdzono, że to już 5 centymetrów i dyla na porodówkę.


O szóstce, która dla niektórych jest ósemką.

Na porodówce po jakimś czasie stwierdzono 8 centymetrów rozwarcia.
Po raz kolejny trafiła nam się przemiła położna. Było nawet troszkę śmiechów między skurczami, troszkę kolejnych wygibasów zmuszających głowę Julka do ulokowania się gdzie trzeba. Jednakowoż głowa okazała się dość uparta:)
Reakcji ZERO! Skurcze zrobiły się dziwacznie niewykrywalne na KTG:/ A mnie bolało, że hej!
Pana Skurcza chyba z czasem zaczęły od tego pstrykania paluchy boleć, bo jakoś się nieregularnie zrobiło...jakoś co pięć minut znowu...jakoś krócej... jakoś inaczej...
Wtedy to trafiła się zmiana lekarza, który do rozmownych nie należał. Patrzył tylko na mnie, potem w sufit, potem na mnie, potem w sufit...
W czasie badania rzucił tylko, gdy wiłam się z bólu, że to nie zabawa i że mam się nie ruszać. Pomyślałam sobie: "No co ty nie powiesz?!" I dalej wróciłam do swojego wicia:D
Nie będzie mi tu ktoś czasu na wicie wydzielać:D
Po jego wyjściu położna zasugerowała, że wg niej powinna paść decyzja o cesarce ale...będę musiała poczekać na zmianę drugiego lekarza, bo ten mało rozmowny jegomość raczej do skorych do podejmowania takich decyzji nie należy.
Więc czekałam...
Podano mi oksytocynę. O MATULU!!! To się nam rozpstrykał Skurcz, no rozpryskał się, że hej!!!
Zaczęły się bóle krzyżowe :/
O 13-stej pojawił się nowy lekarz! O ZBAWCO! Wykonał badanie- ja tradycyjnie wiłam się i wyłam :D
I!
O dzień dobry!
Lekarz oznajmił, że to żadne osiem centymetrów a sześć! A ja z sił opadłam na tę wiadomość. Pamiętam, że wycedziłam tylko: "Zróbcie mi cesarkę" ...a potem lekko mi się odpłynęło:)
Lekarz od razu zaczął wypełniać papiery ze zgodą, podsunięto mi jakieś karteluchy pod nos, podpisałam- nie wiem czy panieńskim czy "pomałżeńskim" nazwiskiem :D W każdym razie jakiś tak zygzak postawiłam :D
Ze skurczami zawieźli mnie na salę operacyjną, podano znieczulenie. Znowu trafili się przemili i prześmieszni ludzie:) Anestezjolog, jeden i drugi, równie zabawny :D Pierwszy, gdy wyciągnęli Julka to podskakiwał przy mojej głowie i zadawał, jakże retoryczne dla mnie pytanie:): "Prawda, że syn śliczny, prawda?!" :D Ten drugi z kolei w czasie podawania znieczulenia wmawiał mi, że tak naprawdę anestezjologiem nie jest i tak sobie tylko ćwiczy...

No a Julo... fakt, najpiękniejszy na świecie:D
Poryczało mi się, no a jakże by inaczej?!
Potelepotało mną trochę na łóżku z tych wszystkich wrażeń, no bo jakżeby inaczej?!
Trochę duszności złapało... no bo jakżeby inaczej?!
Ale potem to już tylko radość we trójkę:)

Julkowa godzina pojawienia się po drugiej stronie: 14.30!

Waga:3100, długość 55 centymetrów.
I wcale, ale to wcale mnie nie zdziwiło że się zmieścił w moim brzuchu, bo taki mały się zdawał :D


Dwa CUDNE Chłopy!

Moje ukochane dwa Chłopy...
Po wszystkim stwierdzam, że mogłabym śmiało znieść jeszcze raz owe 34 godziny.
Że ból z czasem staje się abstrakcyjny i człowiek sobie z nim radzi.
Że dobrze było się nie bać.
Że poród rodzinny to był strzał w dziesiątkę.
Że świadomość, że mąż  kangurzy Jula, w czasie gdy mnie składano w jeden kawałek:), dawał poczucie pewnego rodzaju spełnienia, które ciężko nawet sprecyzować.
Ból pamiętam jedynie w teorii. Pamiętam, że bolało ale nie pamiętam jak.

Kobita z kapustą.

Sprawa wyglądała tak. W szkole rodzenia uprzedzali: "Naszykujcie rzeczy dla siebie, tak aby mąż tylko chwycił walizkę i biegł do szpitala. W przeciwnym razie albo nie poznacie swojej szafy po powrocie, albo będziecie wracać bez spódnicy. "
Mój mąż instruowany był telefonicznie. Yyyyyyy....
I gdy wypakował moje rzeczy okazało się, że walizka zawiera tylko:
-buty
-podarte rajstopy
-sweter
-sweter numer dwa

I tak oto wracałam w rajtach w fioletowe paski z dziurami na kolanach, koszuli nocnej, swetrze, z fryzurą ala Walduś ze Złotopolskich
i
z wielką głową kapusty, którą okładałam piersi by przystopować natłok pokarmu po moich szaleństwach z laktatorem :/
Przepis niby babciny ale preferowany przez wszystkie położne w szpitalu. I nikogo nie dziwił widok kobity snującej się po korytarzu z wypchanym biustonoszem liśćmi zielonego warzywa.

39 komentarzy:

  1. Cóż za radosny opis porodu i atrakcji okołoporodowych :) Baaaardz fajnie się to czyta :)
    Gratuluję raz jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
  2. a ja uważam że męczyć nie powinni, ja uważam CC za wybawienie. Julo cudny oczywiście. Szybkiego ogarnięcia nowej sytuacji życzę

    OdpowiedzUsuń
  3. haha ale się uśmiałam! 34 porodowe godz wydawałoby się a tu tymczasem cyrk :-) hah też musiałam podpisywać papiery na znieczulenie a nie miałam sił długopisu w rękach utrzymać!!

    OdpowiedzUsuń
  4. a właśnie dzidziuś słitaśny jest i gratulacje moje i Gulkowe składamy :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj długie to były godziny... Ale widzę, że masz tak samo, jak ja, bo ja też pamiętam, że to bolało, ale już nie pamiętam jak. Oksytocyny również nienawidzę. Miałam wywoływany poród i łaziłam przez cały czas z kroplówką. Miałam po niej skurcze co 2-3 minuty, które trwały po półtorej minuty. I też przez długi czas miałam rozwarcie na 4 cm, więc tylko mi tą cholerną kroplówkę podkręcali. Potem to juz skurcze miałam takie, że nie miałam chwili na oddech. A badanie powinno byc zakazane! Niech sobie inny sposób znajdą! Ja też wyłam z bólu. Lecz gdy Mały już się urodził to płakałam, jak bóbr. A obok mnie takiego samego bobra tatuś zapodał. Musze powiedziec, że teraz 4 miesiące po porodzie wspominam to wszystko mile :) Bo mam mojego Lemurca :)
    No a teraz muszę się rozpłynąc w zachwycie nad Julkiem, bo jest śliczny, słodki, cudny i przepiękny!!! Jest poprostu idealny :) Mam nadzieję, że moje dziecko się nie obrazi :)
    A z Ciebie dzielna kobita!
    Jeszcze raz gratulacje dla Was!
    A jak Nicnierób przyjął Maluszka?

    OdpowiedzUsuń
  6. wybacz Zez ale dla mnie to co opisałas to jakis koszmar z ulicy wiazów, moze dlatego ze przezyłam w bardzo podobny sposob przyjscie na swiat mojej Nadii, i nawet mimo Twojego lekkiego podejscia do tego tematu i hartu ducha mi znowu zrobiło sie slabo :(
    A Julek ofkors -przystojniacha, szkoda, żem juz zameżna a on taki młodzian ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Oł Dżizyz! Opis na prawdę godzien nagrody! Ale rzeczywistość przeraża... Jak się czujesz po cięciu? Jak karmienie? (u nas się sypie...) Syn piękny, rozkoszny ochh achhh :)

    OdpowiedzUsuń
  8. olbrzymie gratulacje! super opis :) pozdrawiam http://mtoto-wangu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. NO nieźle:)
    Dobrze, że tak to wspominasz.. ja, gdybym nie miała swojej położnej, założę się, że mogłabym pisać podobną historię :/ Bo inni lekarze, prócz ordynatora, któremu chyba szepnęła słówko, nie byli skorzy W OGÓLE do zrobienia cesarki, a ja w życiu nie urodziłabym naturalnie z powodu główki.
    A w szpitalu nie kazali Ci przystawiać do piersi? już tam odciągałaś?

    OdpowiedzUsuń
  10. Zezula przy takim porodzie zachowac pogode ducha...szacunek. Julek cóż można się tylko nim zachwycać i zachwycać...:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Podziękowania za wszystkie Julkowe komplementy:)

    MamaLemurka- Nicnierób luka wielkimi gałami, prycha i mija szerokim łukiem Julka:) Nie naciskamy, niech sam sobie ogarnie sytuację:)

    NiezłaŻona- czuję się dobrze ale rana po cięciu doskwiera tym bardziej, że wczoraj miałam ściągane szwy i jakoś tak... boli, ciągnie, piecze, kłuje:/ Z karmieniem jakoś nam idzie:) raz z górki raz pod górkę:)

    Okruszek- przystawiali, przystawiali dniem i nocą:) Miałam świetna opiekę, ale okazało się, że Julo nie umiał ssać- o czym będzie jutro, bo już wiemy dlaczego:)
    Po dwóch dniach zapadła decyzja o dokarmianiu moim pokarmem i mlekiem modyfikowanym. Ale z czasem zostało tylko moje mleko jak już laktacja dała o sobie znać:) Teraz odciągam i podjemy mu mleko butelką plus od czasu do czasu przystawianie coby mógł się nauczyć jak to się robi.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ech a ja w poniedziałek zaliczam porodówkę ;)
    Fajnie, że tak krótko po porodzie podchodzisz do niego pozytywnie. Nie było za fajnie ale traumy nie masz :)
    Syn cudny :)))

    OdpowiedzUsuń
  13. zezullo ja też męczyłam sie długie godziny z bólami bez rozwarcia... poród rodzinny tak tak tak! tylko taaaaaaaki :D pięknego masz syna powiem po raz któryś :) i tego sie trza trzymać :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziewczyny- zarówno pod poprzednim jak i tym postem chciałabym odpisać Wam WSZYSTKIM po kolei ale...sił mi brak:) Na pewno zrozumiecie:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Zuz jak kapusty, dawaj mi tu przepis na ta kapuste. Taki surowe liscie wkładasz, czy co z nimi robisz i jak długo. Mam problem z mlekiem help mi tu zaraz i jeszcze raz gratulacje-wiedze że mamy podobne humorystyczne podejscie do porodu.

    OdpowiedzUsuń
  16. ha, ha, nasza toruńska porodówka to ostatnio kojarzy mi się też komicznie :)

    jak 16 lat temu rodziłam syna, to mnie wymęczyli też maksymalnie, zanim zafundowali w końcu poród w cesarce pod pełną narkozą :(, no to teraz tak długo wierciłam dziurę w brzuchu lekarzowi prowadzącemu, ze ja muszę mieć cesarkę, bo dziecko na pewno znów będzie duże i nie dam rady urodzić (syn miał wtedy 4360g, a ja tylko 7 cm rozwarcia i nie szło dalej...), no i podświadomie dużo jadłam (za co złościł się na mnie mąż), co bym miała też dużą córkę - Maluśka dojechała do wagi urodzeniowej 3820g :)))))) no cesarka była, bo ja ponad tydzień po terminie byłam, a skurczy zeeeeeeero :)))) tak więc moje słowo stało się ciałem i zabrali mnie pod nóż, a tam prześmieszne gadka podczas mojej cesarki z anestezologami i pielęgniarkami były, jakieś gmeranie w brzuchu tylko czułam, a ból prawdziwy to dopiero był wtedy, jak się już wszystko goiło, a z mlekiem z piersi żadnych problemów nie było, a wręcz w nadmiarze :))))))
    Pozdrawiam i życzę Ci raaaadośnych chwil z Twoimi chłopakami!

    OdpowiedzUsuń
  17. Kochana!!!
    Po pierwsze to strasznie się o Ciebie bałam!
    Po drugie oczy mi zmokły okrutnie...
    A po trzecie to jesteś cudowna, że po takich przejściach potrafisz z takim optymizmem to wszystko opisać.
    Julo przecudowny, przesłodki i w ogóle boski!
    A Ty dzielna niesłychanie. Ja też bólu już nie pamiętam, a poród ze wzruszeniem wspominam...
    A teraz sama powiedz - kobieta która nie doświadczyła tego wszystkiego traci conajmniej 80% szczęścia, które może ją spotkać w jej życiu...

    OdpowiedzUsuń
  18. Na początku współczułam i łączyłam się w bólu a na końcu poryczałam ze śmiechu.

    Julek cudowny :)

    OdpowiedzUsuń
  19. ja tez miałam problem z rozwarciem, ale że wody mi odeszły to musieli szybko działać i urodziłam w 16 h (licząc od odejścia wód). męczarnia z tą szyjką właśnie... Najważniejsze, że już mamy dzieci na świecie :)
    pozdrawiam ciepło !

    OdpowiedzUsuń
  20. Hannah- liście kapusty stosuje się do okładów gdy ma się natłok pokarmu i grozi to zatorem. Liście trzeba włożyć na 4-5 min do zamrażalki, potem je pomiętosić i obłożyć nimi piersi. Pochodzić troszkę z takim okładem:)

    OdpowiedzUsuń
  21. A ja my6ślałam, że "moje" 21 godzin to był rekord..A Synek cudowny.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  22. No Emilka - to Ty jesteś teraz najpiękniejsza na świecie :-) spełniona, otoczona szczęściem i ukochanymi chłopami i do tego obłożona kapustą! :-) Wiedz, że z Tomkiem byliśmy i jesteśmy cały czas z Wami duchem :-)

    ps. opis dwóch swetrów i podartych rajstop spakowanych przez K. rozbawił mnie najbardziej :-)

    OdpowiedzUsuń
  23. dzięki serdeczne za życzenia urodzinowe :)

    OdpowiedzUsuń
  24. ha ha!
    ja jeszcze nie rodziłam, w ciąży nie jestem i no ten tego... mnie Twój opis wyłącznie rozbawił...
    [a przy opisie tego co w torbie i jak wracałaś to już płakałam ze śmiechu]
    gratuluję podejście do tematu i do całego przeżycia,
    zazdroszczę, chociaż u siebie znajduję podobne oznaki w odbieraniu rzeczywistości, więc może wcale nie jest źle i dobrze mi to wróży...
    jakoś tak wiadomo, że jest ciężko, że boli ale no...lepiej z dystansem...
    i wiesz, chciałabym podejść do ewentualnego porodu w przyszłości tak jak Ty
    a Julek cudny!
    pięknego czasu razem
    i pogody ducha, ale o to u Was nie problem
    :)

    PS mnie kociaszcze tez rozkładają na łopatki i ciągle tak samo zauraczają
    a jak tam Wasza kota, daje radę? oswoiła się już z nową sytuacją?

    OdpowiedzUsuń
  25. PS2
    i proszę o Twój adres mailowy, bo ma jedno pytanie, no...

    OdpowiedzUsuń
  26. Dzielna byłaś moja droga, choć współczuję takich przeżyć. Cieszę się, że opisałaś to z przymrużeniem oka :)) Ps. a te bolesne badania to pewnie masaż szyjki... też miałam, ale dzięki temu u mnie szybko się rozkręciło

    OdpowiedzUsuń
  27. O rany! Początek czytałam w wielkim napięciu (na głos, żeby i mój mężulu posłuchał). Już 34 godziny przyprawiają o zawrót głowy! Ale dobrze, że wspominając poród, pamiętasz też o miłych rzeczach :)
    Natomiast na koniec...płakałam ze śmiechu! Mój O. stwierdził, że 'co Ty się śmiejesz, ja pewnie tak samo bym spakował walizkę!' hahaha :D

    Ściskam!
    battito...

    OdpowiedzUsuń
  28. Emi- nooo piękna, jaasne:D W końcu jedno trzeba przyznać, idąc tak wystrojona przyciągałam uwagę innych:D

    Stefka-podaję mail- e-millia@o2.pl

    Happy- te bolesne to badania rozwarcia. Aż mnie ciarki przechodziły jak wiedziałam, że zbliża się czas kiedy trzeba je wykonać:/

    Battito- teraz się z tego śmieję ale w pierwszej chwili myślałam, że go uduszę:D No ale jak zobaczyłam Męża z Julkiem wtulonym w jego ramiona, mówiącego: "Nooo jak chcesz to ja mogę jeszcze raz podjechać do domu..." to mnie to tak rozczuliło, że od razu naciągnęłam rajty na dupsko i w drogę:D

    OdpowiedzUsuń
  29. Zezullo...prawdę mówiąc to brak mi słów...
    Bo jak czytałam, to tylko kiwałam głową, tak bardzo mi Twój poród przypominał mój własny (poza cesarką) - te zaniki skurczów na KTG, te dziwne nieregularności, kiedy z dwóch minut zrobiło się pięć, te osiem cm, które równało się sześć i związaną z tym desperację. No. I dumna jestem z Ciebie ogromnie, że tak dzielnie przez to przeszłaś i w taki zdystansowany acz przezabawny sposób opisałaś swoje przeżycie. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że silna z Ciebie kobieta.
    Cieszę się przeogromnie, że masz już swojego synusia po drugiej stronie. Życzę Ci gorąco szybkiego powrotu do sił, snu, snu, snu... i każdego dnia radości z rozwoju Juliusza. On jest prześliczny.
    Całuję!

    OdpowiedzUsuń
  30. Dzielna kobieto, gratuluję z całego serca! Julo przeeeecudny, warto było się dla niego tak "pomęczyć" :D
    :***

    OdpowiedzUsuń
  31. Ale się uśmiałam:)))) Od razu przypomniało mi się jak mój wspaniały mąż przywiózł mi 23 grudnia (w ramach stroju powrotnego do domu) krótkie spodenki:D Gratuluję ślicznego synka! Niech zdrowo rośnie:)))

    OdpowiedzUsuń
  32. Uwielbiam Cię czytać! :D

    Zestaw wyjściowy (walizka) mnie rozwalił! ahahaha

    Dzielna jesteś bardzo...podziwiam za te pokłady wytrzymałości. Może też kiedyś do nich dojrzeję ;)

    buziole :*

    OdpowiedzUsuń
  33. Prawie sie rozplakalam i usmialam w jednym, mozna? Chyba tak :) Nie ma jak wszystko dobrze sie konczy :*

    OdpowiedzUsuń
  34. Jesteś prawdziwa twardzielką, przeżyłaś taki horror a opisujesz to, jakby to była wycieczka do ZOO! Te badania jak dla mnie też były potwornie bolesne, a delikatny przy nich nikt nie był. Ale ja tak szybko nie zapomniałam - teraz dopiero na spokojnie o tym wszystkim myślę.

    OdpowiedzUsuń
  35. Cudnie się czytało, choć wyobrażam sobie, że w ciągu tych 34 godzin Tobie tak fajnie nie było... Współczuję, że musiałaś się tak długo męczyć, a jednocześnie wiem, że patrząc na swojego Skarba czujesz, że było warto :)

    Pozytyw jest taki, że Twój mąż mógł być przy Was i potem zająć się dzieckiem. U mnie nie było takiej opcji, więc męża zobaczyłam niemal po 10 godzinach od porodu i dopiero wtedy dowiedziałam się konkretnie, co i jak z małym... A te 10 godzin było dla mnie całą wiecznością...

    Uśmiałam się z Kobiety z kapustą, jak norka :) Prawie Młodego obudziłam, bo spał u mnie na strasznie trzęsącym się brzuchu ;)

    OdpowiedzUsuń
  36. Kilka elementów porodowych podobnych do mojego, serio!

    OdpowiedzUsuń
  37. u nas się skurcz zjawił się o 2:30 w nocy ;)

    OdpowiedzUsuń
  38. o jejku, dziękuję bardzo, strasznie się uśmiałam czytając tego posta, a tego mi właśnie trzeba było, poprawy nastroju. Teraz czytam dalej, żeby i mojej fasolce się trochę radości od mamy udzieliło

    OdpowiedzUsuń
  39. Spodobało mi się u Was:) Kobita z kapustą-pękam ze śmiechu:)

    OdpowiedzUsuń