sobota, 29 października 2011

Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z losem, że to nie mi przypadł tytuł
"Mistrza Pierdziawki".
K. dybie wciąż na szyję Syna, co by udowodnić swoje "czempioństwo".
A Jul,  jak widać z dybania zadowolony!
:D

13 komentarzy:

  1. hehe cud miód orzeszki :D gratulacje dla mistrza ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. :)
    poczekaj aż Syn przejmie rolę Czempiona i Tobie będzie sadził takie "pierdziawki" na policzku - w niepamięć pójdą konkury z mężem w tym zakresie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Boskie :)
    A ty Mistrzynią będziesz w czym innym. Może już jesteś :)

    OdpowiedzUsuń
  4. a u nas nie pierdziawki a całuski w dziąsło uwielbia

    OdpowiedzUsuń
  5. A może Jemu wcale się to nie podoba! Może ma łaskotki!?!
    A śmiech, to normalna reakcja w tym przypadku ;p
    Ja mam na szyi mega łaskotki i gdy O. zbliża się do niej, to straszę Go plaskaczem :D hahaha...

    Ściskam ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. fajny widok i fajny tata!
    pozdrawiam,
    Asia, mama Zosi
    www.zosiabernasinska.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  7. Zezullo...prawda? Dosyć niedawno zauważyłam te jej bujne wąsy i wpadłam w paniczny śmiech, bo wygląda jak MORS! :D ...i tak śmiałam się cały dzień, aż mi się głupio przed nią zrobiło hahahaha!

    OdpowiedzUsuń
  8. Cudnie wyglądają Ci Twoi Mężczyźni :) A Ty zawsze możesz ćwiczyć pierdziawki podczas nieobecności męża i wygrać z nim, ot tak z partyzanta ;p

    OdpowiedzUsuń