środa, 14 sierpnia 2013

Obuch.

 To było w piątej  dobie życia Julka. Tatulo do nas przyszedł, oznajmił, że gotowością pała na nasze jutrzejsze wyjście do domu, a w mojej głowie od razu, z aaaaautomatu (!) pojawiła się myśl, że skoro całe 5 dni nigdzie nie wychodziliśmy, to teraz nadrobić należy i kino sobie fundnąć, spacer we dwoje zaserwować i obowiązkowo pogaduchy do białego rańca zaliczyć.
Potem kocyk zakwilił, nóżyna mała spod kocyka się wyślizgnęła i obuchem świadomości, że przecież już nie jesteśmy sami, w tył głowy dostałam. Ta. Nosiłam Go 9 miesięcy w brzuchu, ale dopiero w tamtej chwili dotarło do mnie, że to już tak na zawsze będzie:D Czasu trochę potrzebowałam aż się z Julindą przy udzie funkcjonować nauczyłam. Aż przywykłam do każdosekundowej odpowiedzialności za małego Ludzia. Teraz, gdy patrzę wstecz, jestem z nas dumna, że stworzyliśmy tak kompatybilny związek. Duża w tym zasługa Tatuli, który dzielnie w świat dzidziolowania wszedł razem z nami.
Siedzimy więc teraz przy wspólnym stole, w ślepia swoje się gapimy i zajęci swoimi sprawami, bez sprzeciwu, dzielimy się swoją przestrzenią.